Wschod 1400 8„Sześć Błota stóp, sześć błota stóp…dziewięć sążni wody i sześć błota stóp…” – to słowa jednej z bardziej znanych szant, które doskonale oddają charakter jednego z trudniejszych ultramaratonów zorganizowanych w tym sezonie – Wschód 1400.

Historyczna, bo pierwsza, edycja zakończyła się ledwo (albo już) miesiąc  temu – 29 sierpnia. Trwała nieprzerwanie od sobotniego poranka 21 sierpnia, kiedy to niemal 300 śmiałków obu płci co 5 minut ruszało na spotkanie wyjątkowej przygodzie. I ja tam byłem, miód i wino piłem….a nawet więcej - miałem ten zaszczyt znaleźć się wśród startujących, co już samo w sobie jest sukcesem – moja małżonka dała wyjątkowo zielone światło, sama stając na starcie, nie wiem czy nie gorszego wyzwania – opieki nad czwórką dzieciaków, w tym małym diabłem Leonem – tuż przed rokiem szkolnym.

Zanim jednak dojdę do błota, potu i krwi, pozwólcie na „kilka” słów o przygotowaniach. Szczerze? Z jednej strony bardzo przejmowałem się nadchodzą imprezą i bardzo chciałem zamknąć wszystkie kwestie jeszcze przed planowanym urlopem. Ale chęci sobie a życie sobie…. W efekcie detale dopinałem niemal tuż przed wyjazdem. Mowa np. o rezerwacji biletu kolejowego, transportu do Dwernika, czy też pierwszego noclegu. Tym samym pozwolę sobie od razu podziękować Adrianowi i Wiktorowi z tłustej ekipy BikesWithBenefits, dzięki którym ostatecznie relatywnie bezstresowo dotarłem na start.

Być może już się domyśliliście - nasza trójka postanowiła przejechać Wschód 1400 na fatbajkach. Na przekór chyba całemu światu, który dziś w zdecydowanej większości startuje na gravelach my wybraliśmy wielkie, 4 calowe papucie. Co więcej – nie byliśmy jedynymi. Oprócz naszych tłuściochów na starcie pojawiły się jeszcze dwie inne sztuki. 

Wschod 1400 4

Znając swoje możliwości fizyczne od początku nie nastawiałem się na ściganie, lecz naprawdę na przeżycie fantastycznej rowerowej przygody, dlatego zdecydowałem się na jazdę fatbajkiem oraz na transport całego turystycznego zaplecza w postaci namiotu, śpiwora, mikrokuchenki gazowej, dmuchanej maty, podstawowego zapasu żywności i całej rzeszy innych drobiazgów, bez których turysta-ultramaratończyk nie może się obejść. Generalnie moje podejście stało (i nadal stoi) całkowicie w opozycji do rozsądku i przyjętych ultra-standardów. Pierwotnie zamierzałem spać w fantastycznym hamaku „Niedźwiedź” od Tigerwood Polska, ale prognoza pogody skutecznie zmieniła ten wybór na ultralekką jednoosobówkę Naturhike. Namiot przetestowałem podczas rowerowego biwaku z najmłodszą córką.

Użycie namiotu jak również wybór tłuściocha wymusiły konieczność zwiększenia powierzchni bagażowej, dlatego rozpocząłem poszukiwania odpowiedniej torby na kierownicę, pod ramę oraz pod siodełko. Zakończyły się one sukcesem – otrzymałem bardzo obiecujący komplet toreb i sakw od rodzinnej, polskiej firmy „Sakwy na rowery”. Duża torba na kierownicę miała pomieścić namiot plus drobne duperele, „dostawka” do niej zaś kuchenkę, butlę gazową oraz dmuchaną karimatę i poduszkę – na bogato. W środkowej, wyjątkowo pojemnej sakwie pod ramę znalazły się narzędzia, dwa powerbanki, kable, dętka, smary – czyli to co każda szanująca się kobieta trzyma w swojej torebce. Sakwa podsiodłowa o pojemności 10l została wypchana ciuchami na zmianę oraz śpiworem. Tu niestety okazało się, że 10 litrów to w moim przypadku za mało i byłem zmuszony wrócić do opcji 13 litrowej z Aliexpress.

Wschod 15

Dodatkowo otrzymałem tzw. stabilizator do sakwy, który jest jednocześnie uchwytem na dwa dodatkowe bidony. Akcesorium jest pancerne, ale niestety tu nastąpiło kolejne rozczarowanie – moje siodełko Brooks B17 ma niestandardowo wygięte sanki, co uniemożliwia montaż. Gdybym miał nieco więcej czasu, to bym sobie odpowiednio przerobił ten element. Niestety tym razem musiałem na szybko kombinować konkurencyjny stabilizator, ponoć specjalnie przystosowany do mojego modelu siodełka. Słowo „ponoć” pojawia się tu nie bez przyczyny….ale o tym za chwil kilka.

Duża torba pod górną rurę ramy prawie idealnie wpasowała się w jej specyficzny kształt. Ale nie ma róży bez kolców – jej pojemność wykluczyła korzystanie z koszyka na bidon, dlatego ten element trafił na górną rurą ramy po zastosowaniu specjalnego uchwytu SKS Anywhere. W gniazda na ramie trafił uchwyt na pompkę. Kolejną adaptacją była „dostawka” na kierownicę w postaci amelinowej rurki – cel nadrzędny – zwiększenie miejsca na kierownicy, cel drugorzędny – zmniejszenie ryzyka kolizji z przednią sakwą. Oba cele udało się osiągnąć. W planach była jeszcze lemondka, ale ostatecznie z niej zrezygnowałem. I to był jednak błąd ponieważ pręty lemondki byłyby dodatkowym punktem zaczepu dla mocno obciążonej przedniej sakwy.

Na kokpicie mojego krążownika znalazło się także miejsce na dodatkowy bidon oraz na tzw. paśnik  - ulubione miejsca każdego dużego misia z jeszcze większym brzuszkiem. To tu skrzętnie przechowywałem batoniki, daktyle, orzeszki, dopalacze i inny mocny „staf”.

Co by tu jeszcze przynudzić o rowerze…Ahaa…siodełko…BROOKS B17 – „Dze Best Siodełko Efer”. Jedyny minus to tona pasty do butów, którą należy zużyć do jego pastowania…ale to bardziej fetysz niż konieczność. No i toczydełka…te zajumałem z roweru najstarszej córki. Piasta jeszcze w idealnym stanie, wąskie i bardzo lekkie obręcze 65mm – na taką wyrypę idealne, choć wolałbym aby w ich miejsce były moje własne Nextie Wild Dragon.

Wisienką na torcie było zwijane zapięcie rowerowe. Już słyszę te heheszki, niemniej uznałem, że koczując w lesie lub odwiedzając okoliczne Biedronki bezpieczniej będzie przypiąć rower, niż tworzyć okazję potencjalnym złodziejom.

Dzięki wyżej wymienionym zabiegom pielęgnacyjnym mój bombowiec ważył tylko jakieś dwanaście ton z prognozowanych dwudziestu. „Czas wyruszyć ku przeznaczeniu, Tuptusiu!

20210820 150600 2

Dzień 0 – „Nach Dwernik”

O jakiejś chorej godzinie 04:00, gdy rodzinka smacznie spała, załadowałem moje tłuste pupsko do WKD i ruszyłem w kierunku Dworca Zachodniego. Stamtąd PKP do Krakowa. W pociągu konduktor jedynie stwierdził przepraszającym tonem, że polskie koleje są niestety nieprzygotowane do przewozu fatbajków i muszę jakoś ten rower zabezpieczyć.  W Krakowie zamieniłem szeroki przedział na nieco mniejsze wnętrze samochodu osobowego, który zawiózł mnie oraz ekipę BikesWithBenefits pod same drzwi pensjonatu w Dwerniku, gdzie miałem wygodnie spędzić noc przed startem i na względnie spokojnie przygotować rower. Tu pozwolę sobie jeszcze raz podziękować Adrianowi z BWB, a przede wszystkim jego rodzicom, którzy zgodzili się na jedną i pół osoby więcej w aucie.

Wschod 1400

Bieszczady przywitały nas lekkim zachmurzeniem i przyjemną temperaturą z końca lata. Klimat tych gór jest osobliwy i jedyny w swoim rodzaju – o tym nie trzeba raczej nikogo przekonywać. Z miejsca budzą respekt znaki „Uwaga, Niedźwiedź”, „Uwaga, Wilki”. No i te widoki, zapierające dech w piersiach, o czym za paręnaście godzin miałem dobitnie przekonać się na własnych płucach.

Po odbiór numerów oraz zestawu startowego wybraliśmy się we trzech. Nasze fatbajki zwróciły uwagę niemal wszystkich obecnych osób w miasteczku Wschód 2021 oraz Carpatia Divide. Odniosłem wrażenie, że jedna część osób patrzyła na nas z lekkim politowaniem, druga zaś z podziwem. Już za kilka godzin miało okazać się, czy wybór tłustych kół był słuszny. Tymczasem chłonęliśmy sportową atmosferę, jaka towarzyszyła uczestnikom.  My „wschodniacy” dopiero rozpoczynaliśmy swoją przygodę podczas, gdy „Karpatczycy” ja właśnie kończyli. Nie uwierzycie, ale w tej drugiej grupie znalazło się kilkoro pozytywnych szaleńców, którzy zamierzali wystartować dzień później razem z nami…NIE-SAMO-WITE!

Wschod 1400 7

Te parę kilometrów w jedną i drugą stronę było także szybkim testem regulacji roweru i nowych akcesoriów. Niestety bardzo szybko okazało się, że azjatycki producent stabilizatora tylnej sakwy bardzo źle odrobił lekcje z charakterystycznego kształtu sanek siodełka Brooks B17 – w efekcie już lekkie zawadzenie o uchwyt skutkowało wypadnięciem całości, pomimo teoretycznie mocnego skręcenia śrub. Co za pech….!!! Nie tego się spodziewałem. Być może ktoś inny ciepnął by aluminiowy stelaż wprost do najbliższego śmietnika, ja jednak postanowiłem ratować sytuację za pomocą zdobycznej dętki oraz nieśmiertelnych „trytytek”, które są nieodłączonym elementem ekwipunku ultrakolarza. UDAŁO SIĘ! W nagrodę w ramach kolacji upichciłem sobie i chłopakom makaron a la bieszczadzkie „polo-nieze” stając się nadwornym kucharzem ekipy. Najedzeni udaliśmy się na zasłużony spoczynek.

Wschod 1400 6

DAY 1 – Ahoj Przygodo!

Na starcie pojawiliśmy się tuż przed wyznaczoną godziną 07:00. Ja startowałem 5 minut po Adrianie i Wiktorze. Obaj powiedzieli, że na pewno ich dojdę….Cztery, trzy, dwa, jeden…..START! Poszły tłuste koła po betonie…Przez jakieś 5 sekund byłem na czele „sektora” – endorfiny działały.  Koniec rumakowania nastąpił po kolejnych 5 minutach, gdy zjechaliśmy z głównej asfaltówki na szutrowy podjazd. Nawigacja zaczęła mrugać do mnie ponętnie kolorem pomarańczy i czerwieni, które oznaczały minimum kilkunastoprocentowe nachylenie, w porywach osiągające niemal dwadzieścia procent. Boszeee…. Najgorsze co może spotkać takiego tłustego misia jak ja. Zapiąłem z miejsca podjazdowy młynek, żałując, że zmieniłem przednią zębatkę z 28T na 32T. Tu posypały się pierwsze przekleństwa, na razie jeszcze pod własnym adresem. Bieszczady to nadal góry…pała z geografii. Ten pierwszy podjazd zakończył się po  5 kilometrach. Na najbardziej stromych odcinkach nie dałem rady kręcić i podobniej jak wielu innych startujących, pedałowanie zamieniliśmy na pieszą wspinaczkę.

Wschod 1400 9

Szczęście w tym nieszczęściu – za każdym podjazdem musi być kiedyś zjazd. Co więcej, na szczycie tej wielkiej góry, zobaczyłem dwie znajome postaci. Wiktor i Adrian czekali na mnie uśmiechnięci. Zgodnie z hasłem „ostatni odpoczywa najkrócej” pomknęliśmy w dół. Wyciągnąłem ledwo 65km/h – dałoby radę więcej, ale dała znać o sobie przednia sakwa, która opuściła się niebezpiecznie uderzając o przednią oponę na poważniejszych dziurach.

Pomijając przewyższenia, droga była na razie elegancka, szutry, trochę asfaltu. Błota tyle co nic. Krajobraz zmieniał się jak kalejdoskopie, a każdy z nas chłonął niesamowite widoki. Szlak wzdłuż Soliny – cymes. Koledzy odjechali – nie miałem serca ich blokować, poza tym na tego typu imprezie trudno o sentymenty. A zaraz potem zaczęły się „schody”….Bynajmniej nie mam na myśli bieszczadzkiego błota na które byłem psychicznie przygotowany. Błotnych odcinków było niewiele i nadal daleko im było do znanych „sekcji kałuż Cezarego Zamany”. Nie będę jednak ukrywał, że każdy taki trudniejszy odcinek drenował zapasy energii i dobrego samopoczucia. To co bardziej niż błoto siadało na psychę to często kilkusetmetrowe fragmenty poprowadzone przez chaszcze, krzaki lub teoretycznie pieszym szlakiem.

Wschod 1400 10

„Ojciec Dyrektor o nas pamięta!" Dało się słyszeć wśród gawiedzi podczas tych najtrudniejszych fragmentów trasy. Nie tylko ja odniosłem dziwne wrażenie, że tych najbardziej „specjalnych” odcinków to nikt przed nami nie przejeżdżał. Zdaje się także, iż jest to znak rozpoznawczy Panów Pachulskich. Można dodać do niego jeszcze co najmniej jeden - cytuję: „Przed każdym dużym miastem musi być jakiś wpierdol”. Spacer z rowerem ma swój urok o ile jest w rozsądnej ilości i przy okazji można podziwiać okazałą przyrodę…a nie krzaki i połamane gałęzie.

Wschod 1400 15

„Byle do Przemyśla, byle do Przemyśla”, który znajdował się na 138 kilometrze. Niby nie daleko i człowiek chciałby jeszcze dalej, ale każda upływająca godzina i narastające zmęczenie oddalało ten plan.

Trudno wymienić wszystkie ciekawe miejsca, przez które przejechaliśmy. W pamięci utkwił jednak bardzo mocno kolejny z 5km podjazdów – najdłuższą serpentyną w Polsce pod Góry Słonne. Myślałem, że jajko zniosę! Na szczęście podczas zdobywania tego wzniesienia pojawił się Anioł w postaci Fatbajkera. Okazało się, że jest to kolega Bartek Sopata z „tłustej” grupy fejsbukowej, który mieszka w okolicy i specjalnie wyruszył nam naprzeciw, aby chwilę pogadać i dodać otuchy.  To są właśnie takie momenty, które dają człowiekowi siłę na dalsze kilometry. Zdobycie szczytu zakończyło się fantastycznym zjazdem, na którym po raz kolejny wycisnąłem zawrotne prędkości, zaskakując nawet motocyklistów jadących za mną.

Wschod Day1

Góry Słonne były jednym z ostatnich bardzo odczuwalnych podjazdów tego dnia, co nie znaczy, że kolejne kilometry były już tylko formalnością. Co to, to nieee….Przed Przemyślem na uczestników czekała jeszcze kilkukilometrowa błotna przeprawa i skromny podjazd - tak żeby przypadkiem nie zapomnieć, gdzie i dlaczego jedziemy. :)

Z jego szczytu roztaczał się fantastyczny nocny już widok na rozświetlone miasto. Do centrum wjechałem dopiero w okolicach 21:30 i naprawdę miałem już dosyć tych 140km. W porównaniu z innymi, wynik raczej słaby, stąd zastanawiałem się przez chwilę, czy nie ruszyć dalej i dorobić kilka kilometrów. Ostatecznie jednak strach przed ewentualnymi kolejnymi podjazdami lub co gorsza….odcinkami specjalnymi przeważył i udałem się na zasłużony spoczynek. Zmęczenie kazało wybrać opcję noclegu pod dachem – wybrałem opcję 5* all inclusive - w hostelu młodzieżowym. 

Wschod 1400 11

 

DAY 2 – Tanwi szum, ptaków śpiew – piachu tyle ile chcesz!

Cel na dziś – Twierdza Zamość – 180km do przejechania. Nie będzie łatwo. Adrenalina krążąca w krwioobiegu nie pozwoliła należycie się zregenerować, ale dzięki temu ruszyłem na trasę drugiego etapu względnie wcześnie. Jak się okazało, mój strach był mega przesadzony, bowiem za Przemyślem zrobiło się niemal płasko jak stół. Widoki niesamowite, zwłaszcza budząca się przyroda o świcie. Z ciekawych momentów, warto na początek wymienić przeprawę mostem wiszącym nad Sanem – prowadzi tędy szlak Green Velo. Moim zdaniem, to genialna inicjatywa i pomimo pewnych niedoróbek naprawdę warto pokusić się nawet o kilkudniową wycieczkę np. z rodziną. Szlak jest dobrze przygotowany, prowadzi utwardzonymi drogami lub lokalnymi asfaltami o bardzo małym natężeniu ruchu.

Wschod 1400 12

Wschod 1400 13

Pogoda nadal była doskonała. Słońce przyjemnie przebijało się przez chmury. Płaski odcinek z początku dzisiejszego etapu szybko zmienił w mniejsze i większe pagórki Roztocza, które skutecznie wysysały siły, dając jednak w zamian cudowne widoki. Co jakiś czas mijaliśmy stojące razem krzyże katolickie i cerkiewne – stały element tych okolic. Aby jeszcze bardziej przybliżyć nam klimat tej części Polski, organizator skierował uczestników do słynnej cerkwi w Radrużu. Można było odsapnąć w cieniu drzew otaczających prawosławny kościół.

Wschod 1400 14

Z Radruża był już tylko rzut beretem do Horyńca – tu napełniliśmy bidony oraz brzuch  - tak dobrych, ręcznie wyrabianych pierogów z mięsem chyba nigdy nie jadłem. Dobry posiłek był na wagę złota, bo tuż za miasteczkiem wskoczyliśmy na kolejne nieco większe pagórki oraz odcinki specjalne, gdzie nawet na fatbajku ciężko było przejechać – niemal cała stawka mniej lub bardziej wesoło cisnęła z buta – tzw. „wypych classic”. Niemniej jednak kolejne kilometry konsekwetnie ubywały. Niestety w samotności, bowiem moi znacznie mocniejsi koledzy pojechali przodem.

Wschod 1400 16

Następny checkpoint to miejscowość Narol. Tu pozwoliłem sobie na nieco dłuższy postój okraszony dużymi lodami włoskimi. Za to niedaleko za Narolem trafiłem do roztoczańskiego raju, jakim są słynne Szumy Nad Tanwią. Kto nie był, albo nie wie, niech koniecznie wygoogla i przyjedzie. Cudowne miejsce. Jedynym minusem były hordy pieszych turystów na tym pięknym odcinku. Właściwie to momentami miałem poczucie, że ja i mój fatbajk jesteśmy intruzami, a już na pewno osobliwością w tym tłumie. Ludzie przyglądali się żywo mojemu czołgowi, gdy próbowałem przebić się przez wąskie drewniane mostki.

Wschod 1400 18

Tanwi szumów śpiew wyssał mimo wszystko kolejne cenne waty z nóg. Czas uciekał nieubłaganie a do Twierdzy Zamość nadal dzieliło mnie parędziesiąt kilometrów. Bardzo miło wspominam przejazd urokliwymi szutrami przez Krasnobrodzki Park Krajobrazowy. Za to zdecydowanie nie miło ostatnie 40km przed Zamościem. Organizator przypomniał o sobie właśnie tuż pod koniec, jakby przeczuwając, że wiele osób obierze sobie to miasto jako punkt kończący zmagania drugiego dnia.

Ilość piachu była co najmniej taka sama jak ilość przekleństw sypiących się niczym ziarenka onego piasku. Zacząłem powoli tracić wiarę, czy przy prędkości średniej oscylującej w granicach 9-10km/h da radę dojechać na umówiony nocleg. Momentami nawet mój fatbajk przegrywał z kopnym szlakiem. Aż trudno mi sobie wyobrazić co musiały czuć osoby jadące na „cienkich parówkach”.

Wschod 1400 20

Po wielu kilometrach piaski ustąpiły miejsca szutrom. W jednym z domostw na trasie, poprosiłem o uzupełnienie bidonów, które wcześniej osuszyłem. Tu także zanurzyłem rower po osie w niewinnie wyglądającej kałuży, która zagrodziła przejazd na niemal całej szerokości drogi. Na szęście szerokie ogumienie oraz umiejętności pozwoliły uniknąć "zejścia kapitańskiego" w błotną maź.

Wisienką na torcie okazał się jednak fantastyczny, prawie 3km zjazd leśną, wybetonowaną drogą, gdzie oprócz gejzeru adrenaliny straciłem okulary - tradycyji stalo się zadość - na każdej imprezie muszą być straty. Pomimo obaw dalsza droga do Zamościa była już tak naprawdę odpoczynkiem dla styranego organizmu. Nie mogłem doczekać się ciepłego łóżka i kubka gorącej herbaty.  Zanim to jednak nastąpiło, musiałem jeszcze zdobyć mury okalające rynek w Zamościu. Szturmem wniosłem rower po schodkach i po chwili stanąłem na słynnym rynku w otoczeniu turystycznych tłumów. Drugi dzień tylko pozornie był łatwiejszy od Bieszczad – przejechane 180km wyraźnie czułem w nogach.

Wschod 1400 21

Przyjazd w godzinach wieczornych ponownie wymusił niechęć do rozbijania się na dziko – tym razem nocleg znalazłem na kwaterze, gdzie zostałem niezwykle godnie podjęty talerzem schaboszczaków okraszonym prawdziwym lokalnym bimbrem…Idealny mikst sportowca - ultramaratończyka stosującego zasadę, że reset chemiczny jest nie mniej ważny od resetu psychicznego.

Wschod Day2

 

DZIEŃ 3 – "SZEŚĆ BŁOTA STÓP, DZIEWIĘĆ SĄŻNI WODY I SZEŚĆ BŁOTA STÓP..."

Trzeci dzionek przyniósł zapowiadaną zmianę pogody. Słońce głęboko ukryło się za ścianą szarych chmur. Na trasę wyruszyłem wyjątkowo późno, tuż przed 08 nad ranem. Pierwsze kilometry w terenie były jakoś dziwnie trudne. Stężałe mięśnie nie chciały za specjalnie „kręcić”. Swoje pisiont groszy dodawała ładna, choć dość pofałdowana trasa. Cel na dziś – Terespol. Plan minimum to Włodawa. Pogoda nie nastrajała optymistycznie – co i rusz pojawiał się lekki deszczyk, zwiastun zmierzającego ku nam deszczowego frontu. Tymczasem chłonąłem leśne dukty, polne drogi i szutro-asfalty Green Velo oraz Skierbieszowskiego Parku Krajobrazowego. Miałem nawet okazję pościgać się z parą turystów na elektrykach. Deprymujące uczucie, gdy dajesz z siebie maksimum na podjeździe a taki „pedelec” lekko turla się pod górę.

Nie mogłem już doczekać się Chełmu, który był punktem pośrednim na dzisiejszej trasie. Włodarze miasta chcą zachęcić mieszkańców do aktywnego spędzania czasu – do centrum miasta prowadzi kilkukilometrowa ścieżka rowerowa wijąca się wśród miejscowych stawów i rzeki Uherki.

Wschod 1400 22

Zdążyłem wjechać na rynek, gdy zamiast mżawki zaczął padać konkretniejszy deszcz. To niebo dało sygnał na obiad. Tym razem w menu był kapuśniak i devolaj z frytami. Całość weszła jak „kaczor z mlaśnięciem” okraszona Warką 0%. Zasiedziałem się….a tymczasem lunęło jak z cebra. Na tyle, że postanowiłem znaleźć najbliższy sklep z dewocjonaliami i kupić komplet prezerwatyw….na komputer rowerowy oczywiście, gdyż strach mnie ogarnął przed spięciem i padnięciem urządzenia w trakcie ładowania w tak wilgotnych okolicznościach przyrody. Niestety….okazało się, że na stacji Orlen sprzedają jedynie prawdziwie polskie rozmiary, a tu przydałby się jednak XXL. Dwie z trzech gum strzeliły, trzecią zostawiłem sobie na czarną godzinę.

Wschod 1400 23

Fatalną pogodę rozpogodził prawie 30 kilometrowy odcinek fantastycznych szutrów tuż za miastem. Potem trasa wróciła na asfalty i pola. Cały czas padał deszcz a temperatura zaczynała spadać poniżej komfortu. Gdzieś w Woli Uhruskiej zatrzymałem się na przystanku i zmieniłem skarpety na model wodoodporny, który czekał właśnie na taką chwilę. Uuu…przyjemnie…sucho….przynajmniej przez kolejne 10km. Jak się później okazało - do takich skarpetek trzeba golić nogi - co by się lepiej uszczelniały. Ot kolejna nauka na przyszłość.

Nie mogę nie wspomnieć o jadących z naprzeciwka ultrasach – uczestnikach konkurencyjnego MRDP, czyli rajdu dokoła Polski – 3200km po szosie. Niemal z każdym wymieniałem rowerowe pozdrowienie, które tym razem dawało mnóstwo radości i dodatkowego, tak potrzebnego, pozytywnego kopa.

Wschod 1400 24

Jakież było moje zaskoczenie, gdy tuż przed wjazdem w lasy Sobiboru usłyszałem nagle za plecami znajomy głos Adriana: „Witamy Redakcję Fatbike.com.pl!” Ale że jak to…przecież Wy, kołpaki powinniście być godzinę przede mną…Okazało się, że moi kumple zostali w knajpie i byliby zostali już do końca wyścigu, gdyby jednak nie ja….  Ach ten monitoring i urok własny! Ustaliliśmy, że za wszelką cenę musimy wspólnie dotoczyć się do Włodawy albo dalej. Wspólna jazda to jednak zupełnie inna para kaloszy w taką pogodę niż samotne pokonywanie kilometrów.

Wschod 1400 3

Deszcz skutecznie zniechęcił naszą trójkę przed wizytą w byłym obozie koncentracyjnym w Sobiborze. Już nie mogliśmy doczekać się fantastycznych singli nad Bugiem, o których rozpisywano się na forum rowerowym, a teraz można oglądać je na YouTube. To co piękne, urokliwe i epickie, zamienia się niejednokrotnie w epicką katorgę, gdy z nieba od kilku godzin siąpi deszcz. Ostatnie 13km do Włodawy to był prawdziwie błotny park rozrywki.

Wschod 1400 2

Momentami błoto sięgało po osie i jedyną opcją był marsz, tudzież błotny taniec, godny polsatowego widowiska. Cała sytuacja w pewnym momencie stała się na tyle komiczna, że wywołała w nas głupawkę. Jak dzieci „bawiliśmy się” w tych kałużach, niewybrednie żartując i rechocząc. Każdy radzi sobie ze stresem i zmęczeniem w odmienny sposób – my wybraliśmy być może ten najzdrowszy – śmiech, który towarzyszył nam niemal do przedmieść Włodawy. Po drodze spotkaliśmy oczywiście jednoosobowy patrol straży granicznej, który przeprowadził z nami szybki wywiad środowiskowy. Okazało się, że nie jesteśmy ani przemytnikami, ani uchodźcami. Za to pokierowaliśmy władzę do Gdańska, gdzie dwóch takich mocno opalonych i wysmaganych przez wiatr zadekowało się w porcie gdańskim.

Wschod 1400

Dobry humor nie trwa wiecznie. W pewnym momencie nawet i on uleciał, a wszechobecne błoto przestało bawić. Do Włodawy wjechaliśmy padnięci, dokładnie w chwili gdy padający deszcz zamienił się w ulewę, a ulice miasta na trójstyku granic zamieniły się w rwące potoki. Udało się znaleźć nocleg w przytulnym miejscu "Gościniec Podkowa", w którym tego wieczoru wielu uczestników także znalazło schronienie.

Leżąc w łóżku, analizowałem z chłopakami różne scenariusze dalszej jazdy. Zaledwie 160 przejechanych kilometrów dzisiejszego dnia nie napawało optymizmem zwłaszcza obserwując prognozę pogody - najbliższe dni to jazda bez trzymanki w deszczu z niewielką szansą na chwile słońca. Zapowiadana ściana deszczu przez całą noc i nadchodzący dzień spowodowały, iż nasze morale stuknęło głucho o posadzkę. Daliśmy sobie czas do południa – jeśli w ścianie deszczu nie pojawi się choć niewielka słoneczna dziura to rozpijamy łiskacza….

Wschod Day3

 

CIĄG DALSZY NASTĄPI(Ł)

 Michał Śmieszek